Chwila

Chwila

Pomysł wziął się nagle.

- A kręciłeś się kiedyś na rondzie?- zapytałam Mojego Mężczyznę, na ten moment i mojego kierowcę.

Wjechaliśmy na rondo i zrobiliśmy kółko, potem następne.

Śmiałam się, aż rozbolał mnie brzuch.

- Byłoby zabawniej, gdyby ktoś nas zauważył.

- Tak, najlepiej policja, kochanie- zgodził się ze mną.

;-) ale dawno się tak nie bawiłam… nawet jeśli to było głupie.

„Żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami” Wisława Szymborska.

„Żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami” Wisława Szymborska.

„Co cię nie zabije, to cię wzmocni” jak głosi słynne powiedzenie.

Nie czuję się wcale silniejsza. Przede mną weekend na ułożenie sobie tego wszystkiego w główce. Nie mogłam spać w nocy. Śniło mi się, że jestem w swojej szkole podstawowej, ale jako dorosła. Weszłam do toalety i ni z tego ni z owego rzuciła się na mnie jakaś kobieta. Właściwie to ciężko było określić płeć, zrobiłam to raczej na zasadzie skojarzeń, że toaleta nie była koedukacyjna w moim śnie. Okropne uczucie, kiedy przygniata cię ktoś trzy razy większy. Jakoś udało mi się uwolnić i wybiegłam z budynku. Na schodach mijałam kolegę z obecnej pracy. Złapałam go za kurtkę. Znalazłam się nagle pod domem koleżanki i poprosiłam, żeby mnie schowała, bo tamto stworzenie deptało mi po piętach.

Wszystko takie realne. Zerwałam się na równe nogi. Mój Ukochany przytulił mocno, ale nie zasnęłam. O 5.00 rano włączyłam komputer i siedzę przed monitorem, czytając o pasjach innych ludzi, myśląc o swoich własnych. Wymyśliłam sobie dziś rano najpiękniejsze miejsce pracy. Usiadłam przed laptopem i śledziłam, jak to można wcielić w praktyce. Doszłam do kosztów i załamałam ręce. Potem czytałam o dotacjach na taki projekt i są. Ale i tak bez wkładu własnego nie ruszy z miejsca nic. Znalazłam artykuł o pewnej pani, której udało się wejść na rynek. Przeszłam do komentarzy i oczywiście znów zaliczyłam spadek: nie, bo konkurencja; zysku raczej brak; ciężki kawałek chleba …

Ale marzenie zakiełkowało. Zostało schowane do szufladki: „pomyślę o tym jutro”. Być może.

Wracając do rzeczywistości.

Piątkowy dzień w pracy? Również jak czwartkowy. Łzy w oczach, kiedy znów jakiś facet jest zły o naruszenie jego prywatności. Ja to doskonale rozumiem. Oczywiście nie przekonują go moje (wyuczone od innych towarzyszy niedoli) tłumaczenia, żąda nazwiska mojego i mojego przełożonego, a jeszcze najlepiej mojego numeru telefonu komórkowego, żeby mógł do mnie zadzwonić, bo taki jest ciekawy, co ja mu wtedy na to powiem. Facet zapewne nie słyszał o modnym wśród korporacji słowie OUTSOURCING. Może mnie szukać w firmie, w której imieniu dzwonię, ale ta firma tańszym kosztem zleca brudną robotę firmie zewnętrznej. Potem najczęściej taki klient usłyszy, że korporacja właściwie to nie ponosi odpowiedzialności za działalność zleceniobiorcy. Czy jakaś tu moja wina? Sama dostaję takie telefony z mojego banku, z mojej księgarni, od Komisji Gier i Zakładów czy jak jej tam… i kulturalnie mówię „NIE DZIĘKUJĘ”, zamiast pieklić się i marnować swoją energię na coś tak bezsensownego jak opier… osoby, która (eh) tak pracuje, że ma jakąś dla mnie promocję, okazję czy kartę super złotą Premium kredytową (gdybym miała za mało długów niż tylko ten kredyt hipoteczny, o którym pewnie wie, bo jest też wróżką i jasnowidzem) i koniecznie mi musi o tym przez telefon powiedzieć.

Gdyby był wybór i każdy mógł pracować zgodnie ze swoim wykształceniem, doświadczeniem- w zgodzie ze swoją pasją… Właściwie to wpadłam na genialny pomysł, na który pan nie dał rady wpaść samemu: można odłożyć słuchawkę. Eureka! Ja nie mogę, ale pan jak najbardziej (dlatego nie tęsknię za galerią handlową, za przyjmowanymi reklamacjami, bo niezadowolony klient rzucił mi towarem przez pół sklepu przy innych ludziach; tu nic mi się nie stanie, jeśli rzuci słuchawką- kto powiedział, że praca w handlu nie kryje za sobą zagrożenia życia i zdrowia).

Ale, ale! Był też jeden pan, który zostanie mi w pamięci jako Pozytywny Bohater. Tak jest, że narzucili nam godziny pracy do 21.00. Firma twierdzi, że to godziny „najwyższej dodzwanialności”.  I największego oburzenia klientów. Próbowaliśmy negocjować. Próbowaliśmy. Pracujemy też na gotowych skryptach, co mamy po kolei mówić i dzięki temu Panu Pozytywnemu złamałam wszystkie zasady naszego gotowca. A jesteśmy procentowo rozliczani z kolejnych „etapów rozmowy”. Mój Pozytywny Bohater zapytał na samym początku rozmowy: „czy pani spać nie może?”. Oczywiście już się przygotowałam na ciąg dalszy, który zwykle następuje po takim zdaniu, a tu pozytywne zaskoczenie. Szczerze powiedziałam, że w pracy nie wolno mi spać. Dosłownie usłyszałam ten uśmiech po drugiej stronie. Wszystkiego dobrego dla tego Pana! To była jedna taka rozmowa na 150 przeprowadzonych.

Bardzo mi pomogła wieczorna po pracy rozmowa z Przyjaciółką. Tak biedactwo zmarzło, czekając na mnie na przystanku. Jak dobrze mieć takie osoby. Dziękuję.

I wciąż szukam “lepszej pracy”.

***

***

Wczoraj wyszłam z domu z postanowieniem, że jeśli nie podpiszę żadnej umowy to bez żadnych rozterek nie przedłużamy ze sobą dalszej współpracy. I wszystko szło ku dobremu. Najpierw trafiła mi się babcia, która krocie płaciła za usługę. W ciągu dwudziestu ponad minut poznałam historie jej chorób, lęków, wydatków… Koordynator stwierdził, że na łatwiejszego klienta nie mogłam trafić i mam podpisać z nią umowę. Pani nie dała się przekonać, bo miała zabronione podpisywanie czegokolwiek. A ja nie naciskam. Nikomu nie chcę robić żadnej krzywdy. Po zakończonej rozmowie koordynator przeszedł się koło mojego boksu nucąc „Funeral March” Chopina. Bardzo zabawne. Potem miałam faceta, co udawał głupka i stwierdził, że nieporządnie wykonuję swoją pracę. Potem jeszcze inny, co miał usługę „gdzieś tam” i musiałam dopytać kogoś, czy można z nim rozmawiać w ogóle- odpowiedzieli mi z fochem- ok., przepraszam, że pytam. Kilka jeszcze innych nieprzyjemnych epizodów… Jak ja miałam wczoraj dość!!! Jak się cieszyłam, patrząc w kalendarz ile pozostało dni do końca umowy, jak blisko do wolności. I po 20.00 zupełnie nagle wpadła mi ta nieszczęsna umowa. Kurcze, a miało być tak prosto. Powinnam skakać z radości na taki sukces, ale kompletnie mnie to nie ruszyło. „Masz umowę? Super.”- to mój koordynator. Jakby nie było widać.

Grunt to odpowiednie nastawienie- jego mi brak. Nie lubię tej pracy i już, ale z uwagi na wysoki poziom bezrobocia chodzę tam od poniedziałku do piątku. I tylko popołudniówki. Nie mamy innych zmian. Ale wszystkie weekendy mam wolne na szkołę- nie muszę prosić , nie muszę się zamieniać. Może coś się zmieni i wystartuje jakaś lepsza kampania, niż ta ciągnąca się od miesiąca- bo były takie, dla których chciałam tam siedzieć i rozmawiać z tymi ludźmi.

Liczę, że po skończeniu studiów w czerwcu znajdę coś bardziej interesującego. Jeszcze kilka miesięcy i będę miała to, czego teraz szuka większość pracodawców- dyspozycyjność. Tymczasowo szukam jakiegoś znieczulacza, żeby mijało. Kreślę rysunki w zeszycie, pełno tam kręgów, okręgów, gibkich lian, liści i esów- floresów.

Może jednak nie przedłużać, może jednak lepiej stresować się brakiem pracy niż samą pracą? Ach! jakież to proste!

Za bardzo się wczuwam. Po drugiej stronie nikt nie słyszy, że mogę być wrażliwą osobą. Bo nie jestem automatem, który gotów jest pożreć, co by mieć swoją prowizję.

Dziś poprosiłam przyjaciółkę o wyjście ze mną na miasto. Muszę z kimś pogadać na inne zupełnie tematy niż super propozycje.